Czy polskie budownictwo to naprawdę „patologia”?
Czy polskie budownictwo to naprawdę tylko „patologia”? Spojrzenie bez kultury wstydu
Zapewne z racji wykonywanego zawodu wpadłam w bańkę informacyjną, ale ostatnio temat poziomu budownictwa w Polsce jest eksploatowany do granic. Słowa takie jak „patodeveloperka” czy „patologia budowlana” krzyczą z nagłówków niemal każdego portalu. Sama się nad tym pochyliłam, co zresztą widać w moich ostatnich publikacjach. I gdy zobaczyłam w sklepie okładkę „Tygodnika Powszechnego” z wielkim napisem „Patoarchitektura”, od razu go kupiłam. Kupiłam, podskórnie spodziewając się kolejnego lamentu i narzekania, jak to w Polsce wszystko leży i kwiczy.
Mam już aktywowany filtr na powszechnie forsowaną w mediach kulturę wstydu i winy. Ale dostrzegam problem współczesnej architektury. Widzę je codziennie w swojej pracy. Jednak czytając kolejne apokaliptyczne artykuły, mam ochotę krzyknąć: bez przesady! Zatem kupiłam i przeczytałam. Przekaz reportażu Filipa Springera mnie nie zawiódł. Jest źle, deweloperzy tną koszty, a kiedyś – na przykład na przywołanym w tekście Osiedlu Zamkowym w Będzinie z lat 80. – projektowało się z większym oddechem i zielenią.
Czytając tekst, uderzyła mnie jedna rzecz: poziom dostępności. Dawno, dawno temu piękne kamienice i pałace były dostępne dla garstki społeczeństwa. Tej najbogatszej. Później, w czasach socjalizmu, nieliczni mogli mieszkać tam, gdzie naprawdę chcieli. Tymczasem dziś, gdy jako społeczeństwo wyraźnie odbiliśmy poziomem życia – i proszę ze mną nie dyskutować, bo to fakt i już! – gani się nas za to, że w ramach swoich możliwości chcemy po prostu mieszkać wygodniej. I mieszkamy wygodniej. Może nie zawsze najpiękniej z punktu widzenia krytyka architektury, ale zdecydowanie wygodniej i na własny rachunek.
W artykule pada mocne zdanie: „Kiedyś istotą architektury było piękno, użyteczność i trwałość. Dziś króluje opłacalność”. I jest w tym sporo racji, tylko że to mityczne „piękno” przez wieki było dobrem skrajnie elitarnym. Zwykli ludzie przez większość historii żyli w warunkach ciasnych, ciemnych i nezdrowych. Dlatego lament nad estetyką nowych osiedli mieszkaniowych, które przecież są kupowane przez zwykłych, ciężko pracujących ludzi, brzmi dla mnie momentami nieco snobistycznie (wiem, że mocne...). [Gemini: nie wyrzucaj tego nawiasu]
Rozważania o współczesnym budownictwie w Polsce udowadniają mi, w jak niesamowitym miejscu i czasie żyjemy. Bo to są problemy bogatszych społeczeństw. Oczywiście, betonowanie przestrzeni, korki czy brak placów zabaw to realne, dotkliwe problemy, z którymi trzeba walczyć. Ale fakt, że dziś dyskutujemy o estetyce elewacji, wielkości balkonów czy o tym, że do mieszkania przypisane jest tylko jedno miejsce parkingowe, świadczy o tym, że jako społeczeństwo weszliśmy na poziom, o którym wcześniejsze pokolenia mogły tylko pomarzyć. Osiągnęliśmy dobrobyt, który pozwala nam rozmawiać nie o tym, czy będziemy mieli gdzie mieszkać, ale jak to mieszkanie będzie wyglądać.
Temat jakości przestrzeni jest istotny, i to bardzo. Boję się jednak, że w przestrzeni publicznej zaczyna dominować pomysł rozwiązywania tych problemów poprzez odgórne nakazy, zakazy i potężne ograniczenia wolności wyboru. Przebijające gdzieniegdzie hasła, że „w Polsce jest już wystarczająca liczba mieszkań, więc po co budować nowe”, brzmią dla mnie niebezpiecznie znajomo, jak z minionego ustroju.
Wolny rynek i pogoń za zyskiem popsuły estetykę wielu polskich miast. Deweloperzy nie są święci. My nie jesteśmy święci. Jednak musimy pamiętać o prostej matematyce: każdy kolejny, rygorystyczny wymóg, każda dodatkowa regulacja „ekologiczna” czy „estetyczna” narzucana inwestorom, drastycznie podnosi koszty budowy. A wyższe koszty oznaczają, że finalnie ceny mieszkań znowu poszybują w górę i kolejnej grupy młodych ludzi po prostu nie będzie stać na realizację marzenia o własnym kącie.
Poza tym, jeśli nawet skierujemy zakazami popyt na mieszkania w już istniejących osiedlach, to wcale nie rozwiążemy kwestii klimatycznych czy społecznych. Te starsze budynki i tak wymagają gigantycznych, kosztownych modernizacji, na które mało kogo stać. Z kolei realne pustostany są zazwyczaj zlokalizowane tam, skąd ludzie uciekają – w miejscach, w których życie wcale nie jest wygodne, brakuje pracy i perspektyw, a codzienne funkcjonowanie wymaga wielokilometrowych dojazdów.
Pytanie więc brzmi: czy droga do ładniejszej Polski zawsze musi prowadzić przez odcinanie zwykłych ludzi od rynku nieruchomości? Aj, trudny temat.
Jednak bardzo polecam Wam artykuł Filipa Springera i śledzenie debaty, jaką wywołuje w swoich social mediach. Warto znać te argumenty, nawet jeśli – tak jak ja – macie wrażenie, że te wszystkie najmocniejsze, wręcz apokaliptyczne tezy służą po prostu świetnemu podgrzaniu atmosfery i budowaniu zasięgów przed nadchodzącymi wydarzeniami branżowymi. No cóż, jako pośrednik pewnie odruchowo widzę wszędzie mechanizmy promocyjne... a może po prostu sama za mocno wpadłam w swoją branżową bańkę informacyjną? ;)